Bieganie

Bez Litości.

10 października 2017
Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że jest aż tak źle.
Za każdym razem, gdy przygotowuję się do biegu zorganizowanego mam ten sam problem. Nie mam pojęcia ani w co, ani jak się ubrać. I zawsze, ale to zawsze, pomimo niezbyt bogatej garderoby, wybieram najgorzej jak to tylko możliwe. Do tego stopnia, że dostałem ostatnio oficjalny nakaz zmiany stylówy. Nie prośbę. Nakaz. Polecenie.

Nie jestem urodzonym estetą, ale jakieś tam poczucie kształtu i koloru mam. Tak mi się przynajmniej wydawało. Patrzę w lustro. Poddaje wnikliwej krytyce i dokonuje wyboru. Z kilku możliwych zestawień wybieram to, które pasuje do pogody, mojego nastroju, rodzaju biegu. Staram się. Staram się i bardzo chcę. Na chęciach niestety się kończy.

Pierwszy sygnał, który otrzymałem był bardzo dosłowny i na tyle czytelny, że nie miałem wątpliwości co z nim zrobić. Po jednym z pierwszych, zimowych biegów, dostałem od kolegi z pracy w prezencie szorty. Luźne, sportowe spodenki. Dzień wcześniej wystąpiłem publicznie w bardzo dopasowanych leginsach. Trochę zbyt obcisłych. Co z tego, że było grubo poniżej zera. Problem, był widoczny gołym okiem.

 

 

Zgolenie brody niewiele zmieniło. Początkowo zabawne zdjęcia z białym od szronu, bujnym zarostem, pokazywały jasno obiektywna prawdę. Nie jestem urodzonym brodaczem. Moje bujne, postrzępione kłaki nigdy nie wyglądały atrakcyjnie Zwłaszcza po intensywnym wysiłku. Szkoda opisu. Wystarczy spojrzeć na jedno ze zdjęć z tego okresu, ale jak już wspominałem: zgolenie brody niewiele zmieniło.

Gładki wcale nie byłem atrakcyjniejszy. Zwłaszcza, że z nieznanych mi powodów upierałem się, żeby zakładać na siebie najmniej korzystne z możliwych zestawienie kolorów: biała góra, czarny dół. Efekt był opłakany. Mój dorodny brzuch przykuwał wzrok, a krótkie nogi ginęły pod jego ciężarem. Sytuacji nie ratował szeroki uśmiech na okrągłej, zaczerwienionej od wysiłku twarzy.

 

 

Przysłowiowym gwoździem do trumny były jednak wydarzenia ostatnich tygodni. Po wielu biegach, obserwacji wspaniale ubranych biegaczy, analizie rynku, obiektywnej ocenie moich własnych możliwości stałem się w końcu posiadaczem idealnej, moim zdaniem, stylizacji. Męskie, wzorzyste, niezbyt mocno dopasowane krótkie getry, luźna niebieska koszulka lub obcisła błękitna, czapka z daszkiem dopasowana kolorem do koszulki i duże słuchawki dopasowane kolorem do czapki. Bosko!

Na czym więc polegał problem, skoro wspominam o trumnie? Na zestawieniu tych pozornie idealnie dobranych elementów. Zwłaszcza, że nie unikałem ozdabiania się saszetkami, paskami na numer startowy, czy szelkami do kamery. Dlatego, gdy w morderczym pędzie przekraczałem ostatnio linię mety z ust moje zony padły w końcu te tłumione słowa: Musisz zmienić stylówę. Nie dyskutowałem. Zdjęcia bez litości ujawniły prawdę.

 

 

Dlatego, jeżeli jesteś niewysokim facetem przy kości, masz przysadzistą budowę ciała, Twój bieg przypomina człapanie przerywane ciężkim oddechem i chcesz jakoś wypaść na zdjęciach z mety, zastosuj się do tych porad. Może coś z tego wyjdzie.

  • Ogolony jesteś mniejszy.
  • W obcisłym nie jesteś mniejszy.
  • Szanuj zieleń. To kolor Twojego życia.
  • Białe nie na górze.
  • Wysoki kontrast jest dobry w telewizorze.
  • Krzykliwe kolory zostaw w spokoju.
  • Paski na brzuch i biuście nie wyszczuplają.
  • Co na brzuchu, w końcu pod brzuchem.
  • Duże słuchawki? Przemyśl to.
  • Nie naśladuj elity.
  • Unoś ręce do zdjęcia.

 

Pozytywnych porad nie mam. Nie doszedłem jeszcze do punktu. Być może jedynym będzie utrata wagi i poprawa sylwetki, ale to mglista perspektywa. Na razie pozostaje mi delektowanie się ciastkami i dystans. Nie tylko do pokonania, ale dystans, przede wszystkim, do samego siebie. W albumie rodzinnym udało mi się znaleźć kilka fotografii, na których wyglądam nie najgorzej. Może dlatego, że stosowałem się na nich do ostatniego punktu.

 

 

Uwielbiam przeglądać zdjęcia z biegów i śmiać się na widok mojego pękatego brzuch, pod którym swawolnie dynda saszetka lub numer startowy. Uwielbiam śmiać się na widok okrągłej buzi wykrzywionej wyrazem cierpienia lub ozdobionej uśmiechem na pół kadru. Uwielbiam nie przejmować się takimi detalami. Gorzej wychodzą na tym moim znajomi i bliscy, których cierpliwość i zdolności dyplomatyczne zasługują na najwyższy szacunek.

Gorzej też ze słuchawkami. Faktycznie wyglądam w nich jakbym miał na głowie zimową czapkę z nausznikami. A taki byłem zadowolony z ich zakupu. Aparaty nie znają jednak litości.

Zdjęcia pochodzą z: własnej kolekcji, kolekcji zdjęć Maćka Foto Doktorka oraz ze strony Fotosa.pl.