Lifestyle

Dziecek Run Part One

9 listopada 2017
Dziecko nie słucha tylko naśladuje. Cierpliwie robiliśmy więc swoje.
 Nasz synek jest zupełnie standardowo rozwijającym się dzieckiem. Wykorzystując swoją inteligencję i wrażliwość wykazuje ponadprzeciętne umiejętności w wielu dziedzinach życia. Mam tu na myśli głównie te, które niekonicznie my jako rodzice uznajemy za rokujące. Logiczne myślenie, przestrzenna wyobraźnia, strategia, refleks, sztuka kamuflażu, koncentracja na celu, zdolności aktorskie. Katalog umiejętności które również przydają się poza światem gier i nie tylko po to, by zrobić w konia rodziców.

Nie jesteśmy jednak tępakami i doskonale wiemy co kryje się w ciszy, jaka zalega w otoczeniu dziecka, odrabiającego lekcje. Na pewno nie jest to koncentracja na zadanym temacie. Wystarczy niedyskretnie przemknąć, by usłyszeć odgłosy chowanego tabletu czy komórki. Co więc my, jako rodzice, możemy w tej sytuacji zrobić? Zachowując przy okazji uczciwość opartą na pamięci naszych ponadprzeciętnych umiejętnościach w niekoniecznie rokujących dziedzinach życia.

Nie wiem co możemy zrobić. Nie jesteśmy specjalistami w wychowywaniu dzieci. Nie ukończyliśmy żadnej uczelni, szkoły. Nawet eksternistycznego kursu. Uczymy się codziennie, głównie na poligonie doświadczalnym, jakim jest nasza wspólna czasowo-terytorialna przestrzeń. Dlatego robimy, to co uważamy że powinniśmy robić lub raczej, co nam się wydaje, że jest słuszne. Umiarkowanie kontrolujemy. Niezbyt konsekwentnie egzekwujemy. Dajemy prawo nieco ograniczonego wyboru. Ale przede wszystkim… dbamy o samych siebie.

Gdzie w tym „egocentryzmie” jest miejsce na synka? Nie gdzie, ale kiedy. To właściwie postawione pytanie od razu nasuwa jedyna możliwą odpowiedź: wtedy kiedy zadbamy o siebie.

 

Pokonując pierwsze i kolejne kilometry, biorąc udział w pierwszych i kolejnych zawodach nie mieliśmy wątpliwości, że będzie nam zależało na tym, by naszą tak naprawdę pierwszą, wspólną pasją zarazić synka. Wiedzieliśmy też, że jakakolwiek natarczywość nie wchodzi w grę. Według starej zasady, że dziecko nie słucha tylko naśladuje cierpliwie robiliśmy swoje. Bardzo cierpliwie. Z nadludzką wręcz gorliwością.

Nie będę tu wspominał o mrozie, ulewach, świcie i zmierzchu. To zbędne. Przejdę od razu do meritum. Konsekwentnie realizując nasze kolejne cele, niemalże niechcący budowaliśmy wokół siebie atmosferę zupełnie nowego stylu życia. Opartej na współpracy, dialogu, szczerości, wsparciu, wyrozumiałości, empatii, szczerości wspólnej pasji biegania. Nowy styl życia to nie tylko pogłębianie roli wartości. To również budowanie nowych relacji i przebudowywanie istniejących. Zaczęły się pojawiać wokół nas nowe twarze, z którymi łączy nas niekiedy tylko bieganie. Ze starymi przyjaciółmi zaczęliśmy spędzać czas w nowy sposób. Wpłynęło to na spędzanie niemalże całego naszego wolnego czasu, jego planowanie, realizowanie, poszerzanie zasięgu działania poprzez wyjazdy i wreszcie uczestniczenie w bieganiu na rożnych poziomach. Nie tylko aktywnie.

Jak więc udało nam się w konsekwencji doprowadzić do tego, że bieganie stało się naszą wspólną, rodzinną rozrywką? Nawet czymś więcej? Etapowo. Stopniowo. Bez planu. Spontanicznie. Ale z wyraźnie postawionym celem.

 

Tak. Nie mieliśmy wyraźnie zarysowanego planu. Wiele z naszych decyzji wydaje się w tym momencie być jego realizacją, ale tak nie jest. Działaliśmy i nadal działamy intuicyjnie, opierając się na obserwacji naszego synka i podsuwając mu co jakiś czas propozycje nie do odrzucenia. Czy osiągnęliśmy cel? Jestem przekonany, że na tym etapie rozwoju naszego dziecka, tak.

Szczegółowy opis naszej pracy i jej konkretne efekty znajdą się w kolejnym tekście. Dziś mogę tylko napisać, że chęci naszego synka na dzielenie z nami pasji biegania, pomimo naszych starań, nie da się graficznie przedstawić jako krzywej rosnącej. To nieidealna sinusoida. Czasem rośnie wolniej, czasem szybciej. Interwały nie mają jednej długości. Rozpoczęta więc ponad dwa lata temu praca to dopiero początek, a dzisiejsze efekty to nie sukcesy. Jest przecież suwerenna jednostką. Człowiekiem, któremu naszymi pragnieniami nie odbieramy prawa do podejmowania własnych decyzji.

Kolejny wpis za kilka dni. Jestem praktykiem, a nie teoretykiem. Opiszę w nim jak i kiedy zaszczepialiśmy w naszym synku chęć biegania razem z nami. Na przykładach. Jedyne doświadczenie do, którego się odniosę to nasze własne. Moja, mojej żony i naszego zupełnie standardowo rozwijającego się dziecka. Pragnę bowiem zapewnić, że przy tworzeniu tego tekstu nie ucierpiało żadne dziecko. Syn ma się dobrze. Nadal jest skoncentrowany głównie na wykorzystywaniu swoich ponadprzeciętnych zdolności do realizowania planów, które w naszych oczach niekoniecznie rokują. Wszystko jest w normie.